Przyglądając się staraniom Miejskiego Ośrodka Rekreacji i Sportu w Pszczynie można postawić tezę, iż żadne z miast ościennych nie posiada tak zaawansowanej infrastruktury wodnej, jak właśnie Pszczyna. Przodujemy w organizowaniu rejsów morskich, imprez wodnych, regat dla młodzieży i dorosłych.
Historia
Jeszcze sześć lat temu mało kto w Pszczynie myślał o tym, że w okolicy jest możliwość skorzystania z jachtu żaglowego. Wtedy w Łące znajdowała się jedynie “budka” ratowników, 20-metrowa drewniana keja z dwoma jachtami typu MZ, do szkolenia żeglarzy. Po dwóch latach keja została przedłużona, prywatni właściciele łódek zaczęli korzystać z niej, zostawiając jachty na cały sezon. Budka ratowników, hangar, keja i kilka koszy na śmieci. Tak to wtedy wyglądało. Teraz? Teraz każde dziecko wie, jak wygląda Ośrodek Sportów Wodnych w Łące. Nam jednak przyszło uczyć się tego wszystkiego wtedy.
Byliśmy zieloni
Było lato roku 2004. W szkole pojawiły się plakaty o rejsie morskim na Zawiszy Czarnym z Gdyni do Bremerhaven. Dosyć szybko zebrała się grupa dzieciaków od gimnazjum do liceum, i nas trzech tuż po maturze. Nie wiedzieliśmy nic o żeglowaniu, myśleliśmy, że to będzie taka sobie wycieczka. W końcu jak człowiek jest po maturze to może sobie pozwolić, prawda?
Wakacje 2004
Zaczęły się przygotowania. Mieliśmy całe wakacje przed sobą. Jeździliśmy do Łąki nad wodę, aby tam nauczyć się czegoś o pływaniu. Powoli, być może nawet bez wiedzy i raczej przez zabawę wciągnięto nas w kurs żeglarski, który po bardzo intensywnych ćwiczeniach zaliczyliśmy we wrześniu.
Przygotowania cały rok
Pod koniec września, po egzaminie przyszedł czas na wyciągnięcie łódek na brzeg. Nasze “Trenery” mają po osiem metrów, więc sprawa wcale nie jest taka prosta. Cały zespół, a było nas ponad 20 osób, mył dwa jachty przez cały dzień. Praca była ciężka, ale w zgranym gronie sprawiała rzeczywistą przyjemność. Teraz mogliśmy się zająć przygotowaniami, których nie obejmowała praktyka. Podczas zimy uczyliśmy się nawigacji morskiej oraz słuchaliśmy wykładów, które wykraczały poza program nauczania na żeglarza jachtowego. Uczyliśmy się szant, śpiewając razem z członkami zespołu “Ryczące Dwudziestki”. Później przyszedł czas na zakupy: sztormiak, gumowce, worek żeglarski, papier nawigacyjny i w drogę!
W drogę!
Ponieważ jednym ze sponsorów rejsu był Zespół Szkół nr 1 w Pszczynie, otrzymaliśmy bezpłatny dojazd do Gdyni. Nikt nam wcześniej nie powiedział, że gimbusy są takie małe… A ponieważ nie mają bagażników, wszystkie nasze rzeczy zajęły kilka rzędów siedzeń z tyłu pojazdu. A sama droga nad morze to była makabra. Pomiędzy siedzeniami jest tylko tyle miejsca, żeby usiąść, jednak nie da się nawet rozprostować nóg. Na szczęście dojechaliśmy bez problemów, wsiedliśmy na statek i wypłynęliśmy w stronę Roenne…
Inne rejsy
Ten rejs i inne to już temat na całkiem inny artykuł. Jeśli chodzi o grupę, to jest kilka osób, które trwają do teraz. Ludzie od samego początku rozchodzili się w swoje strony, niektórzy wracali, niektórzy nie. Nie chciałbym sypać liczbami, ale co najmniej dwadzieścia osób związanych z rejsami z MORiS-u zrobiło kolejny patent – sternika jachtowego. Około piętnastu jest młodszymi instruktorami żeglarstwa. Co roku uczestniczymy w kolejnych kursach podnoszących nasze kwalifikacje, abyśmy mogli pracować z młodymi żeglarzami. Rejsy organizowane są nadal, niektórzy z nas są już kapitanami i sami je prowadzą, ze swoimi przyjaciółmi. Nie byłoby to jednak możliwe bez wiedzy, doświadczenia i samozaparcia dyrektora MORiSu oraz jego małżonki.
Pozdrawiam, Redaktor M.














